Wszystkie prawa autorskie, zarówno osobiste, jak i majątkowe, do wszystkich tekstów zawartych na blogu kabiriadki.blox.pl przysługują wyłącznie jego autorce.
poniedziałek, 28 października 2013

To musiało się zdarzyć, tylko nie było wiadomo kiedy.

Kłamię jak z nut. Tak naprawde Kabiriak (ma już 8 lat) zaskoczył mnie kompletnie. Upływ czasu też mnie rozbroił.

Mały, Coraz Większy Chłopiec poprosił o kupno pamiętnika z kłódką, bo "musi pisać". Wczoraj - siedząc u Taty - zapisał cztery strony, opisując swoje szkolne przygody. Zostałam uprzedzona telefonicznie (Mały ma od kilku dni komórkę), że muszę to koniecznie przeczytać. A ja nie mogę się doczekać. Uświadomiłam Kabiriaka, że pamiętnik to rzecz święta i tylko on wybiera, komu i co pozwoli przeczytać...I że może nie chcieć.

Padło też sakramentalne pytanie: A Ty mamo też pisałaś w moim wieku pamiętnik?

Tak, kochanie, i do dziś mi została okropna potrzeba pisania. Prywatnego dziennika (to nic, że bez papieru). Bloga. Artykułów. Książek. Bzdetów. Ważnych Rzeczy. Maili. Esemesów. 

Ale się cieszę. Mały zaczął pisać. Co więcej, ma już na koncie nabazgraną rok temu książkę o Titanicu, własnoręcznie ozdobioną rysunkami o zadziwiająco trójwymiarowym charakterze. 

Ale pamiętnik to nowa jakość. Chapeau bas dla młodych rączek, uzbrojonych w pióro... 

wtorek, 13 sierpnia 2013

Tym bardziej, że właścicielka ma rozległe plany i potrzebę działania. Z przyjemnością pozdrawiam Flotę Zjednoczonych Sił i zmykam do swojego grzebania w kompie ;)

A Kabiriak ma się świetnie i poza tym, że jak zwykle trzeba mu odpowiadać na sto pytań, to jeszcze zmusza matkę rodzoną do jeżdżenia rowerem, cięcia sklejki na wydumane modele nożyczkami, i pieczenia spodów pod torty - których nie ma ona jednak prawa ozdabiać, a jeść - tylko po uzyskaniu pozwolenia.

*

Cóż, matka Kabiria w tym czasie zajmuje się opisywaniem strasznych historii sprzed 200 lat i tworzeniem prezentacji multimedialnych . Tak...

 

:)

00:46, kabiria
Link Komentarze (5) »
niedziela, 27 listopada 2011

Od kilku dni mama Kabiriaka, czyli ja, biedzi się nad artykułem naukowym. Pisze, pisze i napisać nie może. Coś chyba wisi w powietrzu, jakoś przenika do atmosfery domu, bo...

gdy Kabiria nocą odrywa się od komputera i w drodze do kuchni spotyka swojego sześcioletniego syna, który potykając się o własne nóżki wynurza się z sennego kokona własnego pokoju i zmierza nieco lunatycznie ku światłu bijącemu z domowej biblioteki, łapie go wpół i zanosi do łóżka, i układa w nim tłumacząc, że musi spać, bo to środek nocy, i gdy dla porządku podpytuje jeszcze, czy chce mu się siusiu, to słyszy:

- nie, natomiast bardzo chce mi sie pić - wyszeptane sennym głosikiem.

Tak to jest.

czwartek, 03 listopada 2011

Odnotowuję pierwszy podarowany mi komiks w wykonaniu Kabiriaka.

Poza tym: umiejętność wyrażania emocji - bezcenne.

komiks

wtorek, 01 listopada 2011

Ostatnio coraz częściej błądzę po atlasach i po zasobach internetu w poszukiwaniu miejsc dawno zapomnianych, albo tak małych, że w książkach traktujących o wielkich sprawach tego świata pomija się je z samego założenia.

Dziś, ślęcząc nad mapą Polski międzywojennej poszukiwałam tajemniczego jeziora Batoryn, a przy nim małej wioski Szykowicze. Wiem, jak żyły mieszkające tam dzieciaki, na jakie trudności natrafiała ich młoda nauczycielka -  a to wszystko dzięki lekturze rękopisów wspomnień pewnej młodej wówczas kobiety, którą los rzucił na kresy II Rzeczypospolitej. Nie wiedziałam tylko, gdzie dokładnie. A jak ja nie wiem, gdzie dokładnie, to nie daje mi to spokoju i odbiera humor na tak długo, póki nie dopnę swego. Szukałabym pewnie dalej, bez większego sukcesu, gdyby nie mapy sporządzone przez WIG. Zajrzałam i oniemiałam z zachwytu.

jezioro Batoryn

Zdjęcie tego fragmentu mapy pochodzi z tej strony, a dokładnie stąd.

Co za kartograficzne cudo: najmniejszą mieścinę, czy wioskę można tam bez trudu znaleźć, chyba każda dróżka ujęta... Jak nie znacie, gorąco polecam.  

 

czwartek, 29 września 2011

To będzie cytat z książki - rozmowy z Barbarą Skargą (Innego końca świata nie będzie. Z Barbarą Skargą rozmawają Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski, Kraków 2007), jej słowa na temat Levinasa:

"Pamiętam, jak go spytałam: Niech mi Pan powie, czy Pan jest Żydem czy Grekiem? A on powiedział: Jestem Europejczykiem. Ale dlatego, że jestem Europejczykiem, to muszę być i Żydem i Grekiem"

[...]

A kim Pani jest?

Europejczykiem. Żydem może najmniej, bo za słabo znam Stary Testament, więc raczej jestem Grekiem i łacinnikiem. A niemiecka filozofia jest mi najbliższa." (s. 291-292)

To uczucie bardzo interesujące, zrozumieć w ułamku sekundy, w trakcie lektury takich słów, że mogę sobie wreszcie lepiej poradzić z własną definicją tożsamości, przynależności, i innych wielu trudnych pojęć.

To muszę być jest kluczowe. To początek nowego podliczania samej siebie i oszacowania, kim jestem dokładnie, będąc (chcąc być!) Europejką, jak dalece mam prawo identyfikowac się z różnymi elementami kultury europejskiej, w tym znanej od dziecka i najbliższej mi jak dotąd - polskiej. Czy znajomość historii daje mi wystarczającą legitymację, bo o filozofii wciąż wiem tak mało, ledwie podstawowe zręby...

poniedziałek, 12 września 2011

Obudziłam się przed chwilą, bo mój syn wykrzyknął przez sen najstarsze słowo świata: mamo! Pognałam przez mieszkanie, sprawdziłam, nic strasznego sie nie dzieje. Wróciłam do łóżka chwiejnym krokiem rzetelnie zaspanego człowieka. Leżę, nasłuchuję: teraz Mały śmieje się, znów przez sen. No tak. Już, już odpływałam, gdy nagle dopadło mnie to.

Nieważne, jak to nazwać, czy mam temperament filozoficzny, czy lepiej wszystko zwalić na karb wpływu księżyca i tym podobnych zjawisk, w każdym razie mózg w kilku bezceremonialnych rzutach wyłożył mi efekty swojej pracy, w tym - ku mojemu zdziwieniu - odpowiedź na Bardzo Stare Pytanie. Trudno powiedzieć, aby była ona w pełni satysfakcjonująca, pachnie szwindlem, jakiś erzac przypomina, jakiś unik, ale jest... Wygląda na to, że nadeszła zmiana w moim toku rozumowania, prowadzonego uparcie i powolutku na marginesie codzienności.

Najpierw było: czy ludzie są źli? Czas dodał istotną erratę: dlaczego jesteśmy źli? Zło to takie smutne, zgrabne słówko, które wypełniam  - jak każdy z nas - tym, czego dowiedziałam się żyjąc wśród nich, studiując historię i gdy trawiłam na własny sposób rozmaite przejawy kulturalnej twórczości moich gatunkowych pobratymców. Skłonność do okrucieństwa, wojny, tortury, zachowania balansujące na granicy albo wprost prowadzące do samozniszczenia, słowem te wszystkie rzeczy, które najskuteczniej zapełniają szpalty gazet i od których pęcznieje całe nasze medialne otoczenie. Uporczywa analiza tysięcy odpowiedzi, wśród których nie brak stanowczych deklaracji: jesteśmy zwierzętami, troszkę uładzonymi, ale agresja to nasz chleb codzienny. Przecież Zimbardo to opisał. Przecież każdy film Polańskiego o tym krzyczy. Bombardujące nas zewsząd informacje wymuszają taki tok rozumowania...

No i bęc. Już nigdy nie będzie tak samo. Może dlatego, że w te wakacje mocniej niż zazwyczaj życie okazało mi swą kruchość? Zamiast pytania, dlaczego ludzie ludziom gotują ten los, za sprawą nocnej zmiany paradygmatu będę przez następne lata rozmyślać, dlaczego ludzie w ogóle bywają dobrzy i chcą dobrzy być? Dlaczego na ludzkim gatunku - trywialnie rzecz ujmując - wykształciła się cienka warstewka humanitaryzmu? Skąd miłosierna politura? Dlaczego praktykujemy te wszystkie "współ": współczucie, współpracę, współodpowiedzialność, wspólnotę. W szczególności: dlaczego to w ogóle istnieje? Dlaczego ludzie bywają dobrzy?   

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Będzie głośno - uprzedziła mnie młoda kobieta. Tym uważniej, siłą rzeczy i perswazji, zaczęłam czekać na to, co nastąpi i tym gorliwiej się wsłuchiwać. Nie mam klaustrofobii, a białe wąskie łóżeczko, ledwie półka z zaokrąglonymi krawędziami, uznałam za całkiem wygodne. Gąbki wciśnięte przez kobietę po obu stronach mojej głowy dodały mi pewności siebie. Najważniejsze, że wreszcie dokładnie przenicuje się dokuczające mi zatoki.

Najpierw była cisza, później seria stukotów. Kalibruje się - pomyślałam. Potem narastający rytmicznie i pikujący powietrze szum. Szatkuje sobie moją głowę na plasterki - dodałam w myślach ze swadą laika.  Przecież - podobnie jak w dziedzinie piłki nożnej - wszyscy jesteśmy ekspertami i mamy pojęcie, co taka czy inna maszyneria medyczna potrafi. Wiadomo, rezonans magnetyczny wirtualnie kroi. Na tyle starczyło mi rozsądku. A później się zaczęło.

Szum obrósł w dźwięki nowe i niepokojące. Coś jak seria z karabinu maszynowego (pola pod Verdun widzę - pomyślałam ze zdziwieniem). Zaraz później powietrze wypełniło miarowe "tak nie - tak nie - tak nie - tak nie". Brzmiało basowo, bardzo głośno i piekielnie rytmicznie, a rychło zza mojej głowy wystrzelił nowy pierścień dźwięków, wyższych, na przekór tym ciągnących swoje taki - taki - taki - taki rytm, zderzających się z poprzednimi w sposób czuły i uważny. Do konieczności dbania o to, żeby się nie poruszyć doszła ta, żeby nie rozdziawić ust i żeby zapamiętać sekwencję dźwięków, bo ciekawa i wpadająca w ucho. Splecione kręgi rytmów zaczęły rosnąć wspólnie i nieubłaganie, aż poczułam się skąpana w morzu decybeli i zadziwiająco szczęśliwa. Brakowało mi tylko jednego - wibrującej kobiecej wokalizy, takiej w stylu tej z Dark Side of the Moon. Albo dźwięku przesypujących się monet i głośnego bicia serca. Chciałam wstać, pokiwać się, pokręcić głową, albo chociaż - proszę! - popstrykać palcami. Seans urwał się raptownie. Cisza. Odetchęłam. Zatęskniłam. I było znów, jeszcze kilka razy od nowa: stukoty, szumy, seria z karabinu i pierścienie dźwięków, w pieszczocie których nieoczekiwanie moja biedna głowa zaczęła wyrzucać z siebie obrazki z życia. Mój rozczochrany syn i inne twarze tych, których kocham. Ciała tych, których kocham, jakieś uśmiechy, jakieś widoczki, moje oczekiwania i plany w niemal rysunkowym skrócie. Napływały rytmicznie, całymi seriami, a jakaś część mnie pomyślała: oto ludzkie zwierzątko w uścisku maszyny. A w tle czysta radość, bynajmniej nie melancholia, na co dzień moja dobra przyjaciółka. I natrętne pytanie: czy konstruktorzy maszyn medycznych świadomie zaplanowali te brzmienia i dźwięki (o matko jedyna), czy to tylko efekt uboczny wysiłków nauki w dążeniu do jak najsprawniejszego badania tkanek? Tak przypadkiem im wyszło? Co to, u licha, muzyka maszyny?

głowa

[obrazek pochodzi stąd: http://www.amiright.com/album-covers/pink-floyd-dark-side-of-the-moon-parodies/]

niedziela, 19 czerwca 2011

Może jednak wrócić?

Socjopatyczna wróciła. Super

Starzy Wyjadacze (Andsol i reszta) nadal piszą. Chyba pora zebrać się w sobie - nie samą pracą człowiek żyje. A przynajmniej nie powinien.

Wrócić?

02:43, kabiria
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 sierpnia 2010

Już w chwili, gdy otwierałam buzię, wiedziałam, że będzie niedobrze. Dwóch panów za ladą wpatrzonych we mnie z wyuczoną uwagą, i w ciszy panującej w sklepiku moje:

- dzień dobry, czy są żarówki z małym kwintem?

Nie poprawiłam się, co do mnie niepodobne. Zachowałam kamienną twarz. Oni też. A szkoda, sama chętnie bym się pośmiała...

 

 
1 , 2 , 3